Ten (jedyny) zmarnowany urlop…

Miało być naprawdę pięknie. Andora – słońce i śnieg, niewiele osób na stoku i najwyższej klasy baza narciarska. Ba, w tym wypadku miało być jeszcze piękniej. Kameralny, designerski hotelik, specjały lokalnej kuchni, ski busy wyłącznie do dyspozycji hotelowych gości… W ofercie biura podróży cuda wianki… Poza tym oczywiście narciarski standard – narciarnia, wellnes i spa…

To miała być ich pierwsza podróż do Andory i pierwszy kontakt z polskim biurem podróży o nazwie „Zdobywca” (tylko bardziej może nobliwie – bo po angielsku…). Chociaż na nartach jeżdżą już od kilkunastu lat, zawsze wybierali trochę bliższe i nieco tańsze kierunki – raz polecieli nawet do Turcji, która okazała się naprawdę bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Narciarsko zjeździli już całe Włochy i spory kawałek Austrii, byli we francuskich trzech dolinach, próbowali swoich sił w Szwajcarii… Można powiedzieć, że mają już jako takie pojęcie o tym, czym są wysokie góry i czego spodziewać się w narciarskich kurortach odwiedzanych z biurami podróży. Tym większym rozczarowaniem okazała się długo wyczekiwana Andora.

Ciemność, ciemność widzę… czyli o tym dokąd zabierze cię biuro podróży

Zaczęło się w zasadzie zaraz po wylądowaniu w Barcelonie. Podróżowali z kilkudziesięcioosobową grupą turystów. Czyjś zagubiony bagaż, narty, które poleciały w zupełnie innym kierunku, no i nieśmiertelny klasyk – autokar, w którym zabrakło miejsca na wszystkie torby i walizki… Kilka godzin i wiele nerwów później udało się jakoś załadować wszystko do podstawionego przez biuro podróży dodatkowego busa i ruszyli do Andory. Z Warszawy wylecieli wcześnie rano, na miejsce dotarli dopiero późnym wieczorem. Głodni, więc nie zwrócili szczególnej uwagi na sposób podania kolacji (z podgrzewaczy) i zmęczeni, przez co popełnili dość poważny błąd – spędzili noc w pokoju, w którym w żadnym wypadku nie zamierzali zostawać. Dlaczego nie? Otóż okazało się, że ten „kameralny, designerski hotelik” z folderu (który, o czym warto wspomnieć, okazał się całkiem zwyczajny) stoi u podnóża potężnej góry, przez co z jednej strony jest wysoki na co najmniej 7 pięter, a z drugiej piętro 5 odpowiada poziomem parterowi – z wejściem i recepcją. Ich pokój był oczywiście „z tej drugiej strony”, na piętrze 1 (cztery piętra pod recepcją), czyli praktycznie pod ziemią… Za oknem stała sobie smutna choinka, która niezbyt udanie maskowała widok na betonową ścianę, znajdującą się zaraz za nią. Skutek był taki, że do pokoju nie wpadało światło dnia – nigdy, o żadnej porze. Tak, jak w piwnicy, którą de facto był ten „pokoik”…

Hotel Galanthus Andora

Poskarżyli się zaraz następnego poranka, jeszcze przed śniadaniem i rozpakowaniem rzeczy, żeby szybko wymienić nieszczęsny pokój i nie tracąc cennego czasu ruszać na stok. Okazało się jednak, że to niemożliwe. Bo, jak radośnie przekazał im młody opiekun reprezentujący biuro podróży „hotel nie ma wolnych pokoi”. Przekazał, poradził, żeby poczekali do wieczora, to „może coś się zwolni”, błysnął uśmiechem i zniknął z nartami (bo przecież on też chciał skorzystać z doskonałych warunków). Więc mocno rozczarowani, wrócili szybko do pokoju, przebrali się w półmroku i pojechali w góry. Wieczorem, po kolacji udało im się złapać rezydenta i zapytać, co słychać w ich sprawie. Najpierw nie mógł sobie przypomnieć o co chodzi, chwilę później dziwił się, że nadal chcą zamienić pokój i rozdrażniony przypominał, że „przecież mówił, że się nie da”, a na koniec chyba go wręcz zaszokowali, kiedy spytali, czy szukał dla nich alternatywy w innym hotelu, których w pobliżu było co najmniej kilka. Nie, nie szukał, bo nie wiedział, że należy, no i niby kiedy miał to zrobić, jak przecież był zajęty, bo musiał się opiekować innymi turystami na stoku. Więc koniec końców drugą i jeszcze dwie kolejne noce spędzili w tej ponurej suterenie, a opiekuna w ich sprawie nie zobaczyli już do końca wyjazdu. Jakoś tak się zawsze składało, że kiedy oni schodzili na śniadanie, on już wybiegał z jadalni, a kiedy szli na obiadokolację, był tak pochłonięty „sprawami grupy”, że zwyczajnie nie miał czasu. Czwartego dnia, po ich kilkunastu samodzielnych interwencjach i rozmowach z zarządcą hotelu, nagle, w środku dnia zadzwonił telefon. Okazało się, że zwalnia się pokój typu „interior” i jeśli są nim zainteresowani mają godzinę na przeprowadzkę. Więc ruszyli pędem, najpierw z góry, ze stoku, do ski busa, busem do hotelu, do „swojej” piwnicy po rzeczy i z bagażami, torbami i reklamówkami, w których na szybko upychali drobiazgi, do pokoju typu „interior”. Nie bardzo wiedzieli, co to znaczy, ale założyli, że zgadzają się na wszelką zmianę, byleby tylko mieć dostęp do światła dziennego. Okazało się, że interior to taki pokój techniczny, dużo mniejszy od standardowego (w zasadzie niewiele szerszy i dłuższy od łóżka), wyposażony w pojedynczą szafę i maleńką łazienkę. Nie był przeznaczony dla turystów z nartami, kaskami i mnóstwem narciarskich rzeczy, tylko dla pracowników hotelu, lub ich jednonocnych gości. Mały czy duży, był i tak o niebo lepszy od największego nawet, ale podziemnego apartamentu. I tak trzy kolejne noce, do końca wyjazdu, gnieździli się w tym malutkim pokoiku, pocieszając się, że budzą ich w końcu promienie słońca.

Różnic z folderem ciąg dalszy…

Ten nieszczęsny, podziemny pokój był zaledwie wstępem do serii mniejszych lub większych niedogodności, na jakie trafili. W ofercie, którą ich kuszono były jeszcze sauna i wellness (ale najwyższa temperatura, jaką udało się osiągnąć obsłudze nie przekroczyła 50°C – trudno więc było mówić o zagrzaniu i zrelaksowaniu) oraz narciarnia (czyli nieużywana i nieogrzewana kuchnia, w której goście hotelowi ustawiali narty po prostu pod ścianą, jedne przy drugich, więc następnego dnia zazwyczaj szukali sprzętu wśród walających się po ziemi większych i mniejszych desek). Dodatkowo, ta ostatnia też znajdowała się pod ziemną – cztery piętra pod poziomem, z którego wychodziło się z budynku (przy czym regularna hotelowa narciarnia, która nie została im udostępniona, znajdowała się tuż obok recepcji). Specjalne ski busy miały dowozić ich na stok, a po południu odwozić do hotelu (tylko, że kiedy pierwszego dnia próbowali zapakować się do busika, obsługa wyciągnęła ich narty z kosza informując, że transport owszem jest, przeznaczony dla gości hotelowych, ale tylko tych z hiszpańskim paszportem…). Koniec końców codziennie mieli więc zapewniony dodatkowy spacer w górę i w dół. Dodatkowych wrażeń dostarczały też dwie windy – za małe i, jak się okazało, za słabe, żeby obsłużyć taką ilość gości, objuczonych pobranymi z „narciarni” nartami, ciężkimi butami, plecakami, itp. i chcących (trochę jak górnicy w kopalni) wyjechać na powierzchnię (z poziomu -5). Ona zacięła się co najmniej dwa razy, ubrana „pod korek” (bo już już wychodziła na stok), w towarzystwie ośmiu innych obcych osób (wszystkich z nartami czy deskami), ściśniętych jak śledzie w tej maleńkiej windzie. On w tym czasie czekał na nią zdezorientowany i zły na jej przedłużającą się nieobecność. A już wisienką na torcie był punkt określony przez organizatora jako „ekskluzywna hotelowa restauracja serwująca specjały lokalnej kuchni”. W rzeczywistości była to trochę ładniejsza stołówka serwująca jedzenie z podgrzewaczy. I żadne tam specjały, tylko normalne hotelowe menu.

Po powrocie nie mieli ochoty na kłótnie z biurem podróży, czy przepychanki, ale czuli, że nie mogą tak po prostu zostawić tej sprawy bez komentarza. On, jak sam przyznaje, bardziej nerwowy, chciał od razu pisać ostro, ona tonowała mówiąc, że „napiszemy jak narciarze do narciarzy”. Neutralnie opisując sytuację, spokojnie wyjaśniając swoje odczucia, wykazując zrozumienie i podkreślając profesjonalizm organizatora. W sumie wysłali chyba ze trzy pisma do biura podróży, które sprzedało im pechową wycieczkę. Odpowiedzi, jakie otrzymywali powodowały, że ze zdumienia przecierali oczy. Przedstawiciele i właściciele biura nie tylko nie zamierzali wczuć się w sytuację swoich klientów, ale w dodatku zarzucali im mijanie się z prawdą („Państwa pokój nie mógł być w piwnicy bo był na pierwszym piętrze…”).

Sprawa znalazła swój finał w sądzie.

„Pranie mózgu” – czyli popisy pełnomocnika biura podróży…

„Zdobywca” (a może właściwszym kontekstem byłoby tu słowo „Pogromca”) czyli polskie biuro podróży, postanowiło zlecić prowadzenie sprawy kancelarii adwokackiej, a ta uzasadnić swoje, odpowiednio wysokie, honorarium. Wczuła się więc „w rolę” i wprowadziła do korespondencji taką retorykę, że jej wymiana nie tylko nie pomogła oczyścić atmosfery, ale dodatkowo sprawiła, że nasi bohaterowie poczuli się jak para naciągaczy. Każdy obiektywny fakt został przez kancelarię przeinaczony, zakwestionowany lub w najlepszym razie zignorowany.

Przed sądem przeszli swoiste „pranie mózgu”. Od kancelarii dowiedzieli się m. in. że: wykupili wyjazd do hotelu czterogwiazdkowego, a więc nie do hotelu najwyższych standardów, a także odebrali lekcje optymistycznego patrzenia na swoje troski: trudno się zgodzić z twierdzeniami, że nie mogli oni z pokoju ujrzeć „kawałka nieba”, jednakże podkreślenia wymaga fakt, że pokój ten nie był z widokiem na góry (w dalszej części pism nazywany już „mountain view” – chyba po to by nawiązać do angielskiej nazwy biura). Prawnicy touroperatora przekonywali, że „w Hiszpanii narciarnie różnią się od tych w Alpach…, a brak jakiejkolwiek formy ogrzewania w narciarni, czy chociażby szafek na  buty wyjaśniali tym, że narciarnia to przecież nie suszarnia…. Bardzo szybko wprowadzili też zamiennik pojęciowy – w miejsce narciarni pojawiła się przechowalnia sprzętu narciarskiego. A tej bliżej już było standardem do – przypomnijmy – udostępnionego podróżującym pomieszczenia kuchennego. I dalej – chyba w celu uniknięcia wątpliwości – kancelaria przedstawiła przez sądem wywód, że jak sama nazwa wskazuje „przechowalnia” to miejsce, w którym przechowuje się coś przez jakiś czas…”. Tylko, czy to faktycznie wystarczające uzasadnienie dla zostawiania nart w kuchni??

Jeżeli też przecieracie oczy ze zdziwienia, dodajmy, że naszym podróżnym wyjaśniono, że umowa nie gwarantowała np. tego, na którym piętrze znajdą się poszczególne pomieszczenia (pokój, narciarnia, hol, restauracja…) i zapewniała saunę, ale już nie temperaturę w saunie. Kancelaria pouczyła także, że w Hiszpanii są wyższe temperatury i w saunie nie może być tak gorąco jak w saunach hoteli alpejskich…. Poważnie??

Sąd nie rychliwy, ale…

Spór przed sądem trwał ponad 1,5 roku. Przez ten czas musieli wysłuchać takich i podobnych absurdów. Kancelaria tak zapamiętale prezentowała im swoje „prawdy”, że chyba zapomniała o jeszcze jednym aktorze postępowania – osobie sędziego.

Ten, rozważył zaprezentowane stanowiska i przyznał obojgu naszym bohaterom zadośćuczynienie od biura podróży. W uzasadnieniu wyroku podkreślał, że bezsprzecznie, spodziewany komfort jakiego powodowie mogli oczekiwać, wyznaczała w pierwszej kolejności liczba gwiazdek w hotelu, w którym mieli być zakwaterowani, zbliżona maksymalnie na tej skali (tj. 4 gwiazdki, w 5-cio, co do zasady, stopniowej skali). Wskazać tu należy także na informacje zawarte w załączniku do umowy i zamieszczone przez pozwaną na swych stronach internetowych, opisujących miejsce przeznaczenia, w których eksponowano właśnie jakość bazy noclegowej, ilość słonecznych dni w roku, a już w opisie samego hotelu, zwrócono uwagę na jego designerski charakter i eleganckie urządzenie pokoi. Tymczasem nie powinno budzić wątpliwości, już w świetle zasad doświadczenia życiowego i ustalonych zwyczajów, że dostęp do światła dziennego nie jest luksusem a normą w zakresie warunków zakwaterowania, nie tylko w 4-ro gwiazdkowym hotelu ale w jakimkolwiek miejscu przeznaczonym dla pobytu osób, w szczególności w celach rekreacyjnych. (…) Należy zaznaczyć, że interpretacja, że pokój tego typu oznacza bez widoku na góry, jest zupełnie dowolna i abstrahuje od treści reklamacji, w której powodowie nie zarzucali braku widoku na góry, a umieszczenie ich w swoistej „studni” pozbawionej dostępu do światła dziennego. W niniejszym postępowaniu powodowie nie upatrywali źródła swojej szkody niemajątkowej w postaci zmarnowanego urlopu, w braku widoku na góry (który stanowi pewien luksus, nierzadko dodatkowo płatny), a w zakwaterowaniu ich w przedstawionych warunkach, bez dostępu do światła dziennego. (…) Mając na uwadze powyższe, uznać należy, że zastrzeżenia powodów co do standardu zakwaterowania są adekwatne i uzasadnione…”.

Można się było spodziewać, że wyrok sądu zakończy sprawę. Tak się jednak nie stało, bo po jego uprawomocnieniu pechowi narciarze nie zobaczyli na swoich kontach żadnych pieniędzy. Okazało się, że biuro nie ma zamiaru dobrowolnie zapłacić zasądzonej kwoty. Toteż ostatecznie po należne im zadośćuczynienie nasi bohaterowie musieli zapukać do siedziby „Pogromcy” w towarzystwie komornika…

Niewłaściwe wykonanie umowy przez biuro podróży

Miejsce zakwaterowania oraz warunki jakie spełnia, należą do istotnych warunków umowy o imprezę turystyczną. Dlatego też w tym przypadku to niewłaściwe wykonanie umowy przez biuro podróży stało się podstawą do przyznania przez Sąd zadośćuczynienia za zmarnowany urlop.

„W niniejszej sprawie wrażenie może robić dowolność interpretacyjna treści umowy w wykonaniu kancelarii adwokackiej, reprezentującej interesy biura podróży. Zatem, aby zwiększyć swoje szanse na udany urlop lub skuteczne postępowanie reklamacyjne, przed podpisaniem umowy z biurem podróży należy ją bardzo dokładnie przeczytać, wyjaśnić wszystko to, czego nie rozumiemy i doprecyzować ogólne stwierdzenia. A także – i to nawet najważniejsze – dokładnie zapisać te ustalenia w umowie. Bo, jak pokazuje smutna praktyka, nawet zobowiązanie biura do zapewnienia sauny, nie oznacza gwarancji odpowiedniej temperatury w saunie, jakkolwiek wydaje się to nam niedorzeczne. Często zdarza się, że sami racjonalizujemy niektóre zapewnienia biura, niejako dopowiadając sobie to, czego nie ma na papierze np. przyjmując, że wejście do hotelu znajduje się na parterze  budynku, a nie (jak w tym przypadku) na 5 piętrze. Tym samym pokój klientów, przydzielony na 1 piętrze, w istocie był cztery piętra pod ziemią… W tym przypadku otrzymanie jasnej informacji od biura podróży lub agenta jeszcze przed podpisaniem umowy, mogłoby wzbudzić nasze uzasadnione wątpliwości co do standardu tych pokoi, które znajdują się poniżej i zapewne spowodowałoby odrzucenie takiej oferty, a tym samym (w najprostszy sposób) doprowadziłoby do uniknięcia problemów” – wskazuje Bartosz Kempa, radca prawny z kancelarii prawnej Kempa i Wspólnicy.

Wyrok Sądu Najwyższego – zimny prysznic dla pasażerów latających z przesiadkami

Przewoźnik, który odwołał swój lot, ma szanse uniknąć odpowiedzialności za nasze szkody związane z tym, że nie zdążyliśmy na kolejne połączenia, wykupione w innych liniach lotniczych.

Małymi krokami byleby do celu

Zdarza się, że, planując podróż, musimy korzystać z usług nie jednego, a kilku przewoźników lotniczych. Często nie mamy po prostu wyjścia – dane połączenie (np. międzykontynentalne) obsługuje wyłącznie konkretne lotnisko, do którego musimy dolecieć (i z którego dopiero możemy wylecieć do celu) – może się też zdarzyć, że interesująca nas trasa jest obsługiwana przez kilka konkurencyjnych linii, ale w kolejny etap podróży zabierze nas już tylko lokalny operator. Wybierając przewoźnika kierujemy się też względami czasowymi – bo np. odpowiada nam godzina przylotu lub wylotu rejsu obsługiwanego przez konkretne linie lotnicze na danym odcinku. Kolejnym kryterium są po prostu względy ekonomiczne – cena całego lotu u jednego przewoźnika może być wyższa, niż kilku lotów wykonywanych przez jego tańszych konkurentów na odcinkach, które składają się na naszą docelową trasę. Ten ostatni może mieć szczególnie znaczenie wtedy, gdy naszą podróż planujemy z dużym wyprzedzeniem, dzięki czemu mamy szansę na zakup biletów lotniczych po naprawdę atrakcyjnych cenach…

LOT „Ty wyznaczasz kierunek”… (tylko czy i kiedy tam dolecisz?)

Na tych przedsiębiorczych, którzy latają z przesiadkami i tych, którzy po prostu muszą korzystać z usług kilku przewoźników, czeka teraz zimny prysznic.

W taki właśnie sposób chciała dolecieć pasażerka z Warszawy do Detroit. W tym celu kupiła bilet  Polskich Linii Lotniczych LOT na rejs z Warszawy do Chicago i kolejny, na dalsze połączenie do Detroit u lokalnego przewoźnika. Pech chciał, że polskie linie odwołały swój lot…

Co prawda na trzy tygodnie przed wylotem zawiadomiły o tym pasażerkę i zaproponowały jej podróż następnego dnia, ale docierając do Chicago w ten sposób i tak nie zdążyła na wykupiony o wiele wcześniej rejs do Detroit. Za przebukowanie biletu na kolejny lot musiała dopłacić ponad 2 tys. złotych.

I zwrotu tej kwoty zażądała od PLL LOT a te odmówiły zapłaty, więc strony spotkały się w sądzie. Pasażerka wygrała sprawę przed Sądem Rejonowym, który zgodził się, że przyczyną poniesienia dodatkowych kosztów było odwołanie lotu z Okęcia. LOT od wyroku się odwołał, a Sąd drugiej instancji odmówił udzielenia ochrony pasażerce i oddalił jej żądanie.

Unijny ryczałt i dalsze odszkodowanie –  zawsze tylko razem czy czasem także osobno?

Sąd Okręgowy, który rozpoznawał sprawę pasażerki w drugiej instancji, przypomniał, że kwestie odszkodowania należnego pasażerom za odwołanie lotu, reguluje unijne rozporządzenie nr 261/2004. Przyjęto w nim, że w przypadku odmowy wpuszczenia na pokład wbrew naszej woli, opóźnienia lub odwołania lotu przewoźnik lotniczy ma obowiązek wypłaty „zryczałtowanego odszkodowania” w wysokości od 250 do nawet 600 euro, w zależności od długości lotu.

Zgodnie z rozporządzeniem linie lotnicze unikną jednak tej ryczałtowej odpowiedzialności, jeżeli poinformują pasażerów o odwołaniu lotu:

–  co najmniej dwa tygodnie przed planowym odlotem (tak, jak w przypadku naszej pasażerki); lub

–  w okresie od dwóch tygodni do siedmiu dni przed planowym odlotem, przy czym muszą zaproponować pasażerom taką zmianę planu podróży, która umożliwi im wylot najpóźniej dwie godziny przed planowym wcześniej rejsem i dotarcie do celu podróży najwyżej cztery godziny po planowym czasie przylotu; lub

– w okresie krótszym niż siedem dni przed planowym odlotem, przy czym muszą zaoferować pasażerom taką zmianę planu podróży, która umożliwi im wylot nie później niż godzinę przed planowym wcześniej rejsem i dotarcie do celu podróży najwyżej dwie godziny po planowym czasie przylotu.

Przypomnijmy, że w niniejszej sprawie LOT powiadomił pasażerkę o odwołaniu rejsu trzy tygodnie przed wylotem – z tym jednak faktem pasażerka w ogóle nie zamierzała dyskutować, toteż nie dochodziła ryczałtu. Wskazywała jednak na inny fakt, tj. że pomimo tego zawiadomienia, to odwołanie lotu przez polskiego przewoźnika naraziło ją na dodatkowe koszty, związane z koniecznością zmiany dalszego lotu u innego przewoźnika, których uniknęłaby, gdyby LOT wywiązał się ze swojej umowy.

Dlatego też w sprawie należało odnieść się jeszcze do drugiej kwestii, tj.  art. 12 ust. 1 wspomnianego już rozporządzenia, który stanowi, że samo rozporządzenie nie narusza praw pasażerów do dochodzenia „dalszego odszkodowania” (niezależnie od ryczałtu, o którym mowa wyżej). To sugerowało możliwość oparcia roszczenia pasażerki o ten właśnie przepis (co Sąd pierwszej instancji uznał za uzasadnione).

Sąd drugiej instancji przyjął jednak, że przepis art. 12 rozporządzenia należy rozumieć w taki sposób, że prawo do „dalszego odszkodowania” przysługuje nam wyłącznie wtedy, gdy mamy prawo do ryczałtu. I w ten właśnie sposób – wobec faktu powiadomienia pasażerki o odwołaniu rejsu w przepisanym terminie – uzasadnił brak możliwości żądania przez nią poniesionych kosztów związanych z dopłatą do pierwotnej ceny biletu na kolejny lot.

Rozżalona pasażerka złożyła skargę do Sądu Najwyższego, a ten wydając wyrok zwrócił uwagę na kolejny fakt, którym jest rozbieżność możliwości interpretacyjnych normy art. 12 ww. rozporządzenia. Umożliwia ona sądowi krajowemu zasądzenie odszkodowania na warunkach przewidzianych nie tylko w rozporządzeniu (a np. w konwencji montrealskiej lub w prawie krajowym) – a więc niezależnie od unijnego ryczałtu.

Orzekając jednak w tej konkretnej sprawie Sąd Najwyższy dość sprytnie ominął tę kwestię stwierdzając w uzasadnieniu do wyroku z 24 lutego 2016 r., że: „Nawet przyjmując, że powinno się tak odczytać art. 12 rozporządzenia, aby poszerzyć ochronę pasażera i wzmocnić jego zaufanie do przelotów liniami lotniczymi, to i tak należy uznać, że rozstrzygnięcie Sądu drugiej instancji pozostaje w granicach rzetelnego rozsądzenia sporu, naruszenie prawa nie ma charakteru rażącego, a tym samym brak jest przesłanek do uwzględnienia skargi na prawomocne już rozstrzygnięcie sądowe przez stwierdzenie jego niezgodności z prawem. Możliwość taka przysługuje, zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Sądu Najwyższego, w razie ewidentnego, rażącego niezastosowania się do przepisów, a nie wtedy, gdy są różne możliwości interpretacyjne i sąd wybiera jedną z nich.”

Zimny prysznic…

…wynika z tego, że ostatecznie oddalając skargę pasażerki, Sąd Najwyższy orzekł, że: „art. 12 ust. 1 powołanego rozporządzenia nie uprawnia pasażera do dochodzenia odszkodowania, jeżeli poniósł koszty wynikające ze zmiany czasu lotu, a zmiana ta dotyczy kolejnego odcinka podróży, który odbywa się na podstawie odrębnej umowy zawartej z innym przewoźnikiem lotniczym i nie w powiązaniu z umową na tę część podróży, na którą nastąpiło zawiadomienie o odwołaniu pierwszego lotu.”

Uznał przy tym, że szkoda pasażerki nie powstała z przyczyn leżących po stronie PLL LOT, gdyż nie ma normalnego związku przyczynowego między podróżami lotniczymi różnych przewoźników na podstawie odrębnie zawartych umów, a nie jednej umowy na przewóz kolejnymi środkami transportu. Sąd uznał, że w sprawie dostrzec można tylko taki związek przyczynowy, który wyniknął z ułożenia sobie podróży przez pasażerkę w określony sposób, czyli że chciała skorelować ze sobą oba przeloty, ale to się w rzeczywistości jej nie udało.

Czy więc, tylko dlatego, że chcieliśmy dotrzeć do celu nie jednym, a kilkoma połączeniami lotniczymi, obsługiwanymi przez różnych przewoźników, mamy stracić prawo do żądania rekompensaty od linii, które choć przyczyniły się do zburzenia naszego planu podróży i naraziły nas na dodatkowe koszty, odpowiadać będą jedynie za swój lot? A skoro tak, to jaki ma być to związek z art. 12 ust. 1 rozporządzenia unijnego, tzn. którą z interpretacji tego przepisu zastosować..?

Co teraz? Chyba lepiej kupować bilety u jednego przewoźnika…

Doraźnie, z powyższego orzeczenia, wysnuć można wniosek, że szanse pasażerów na odszkodowanie wzrosną, jeżeli – planując trasę lotniczą z przesiadkami – kupią bilety u tego samego przewoźnika (na loty wykonywane przez tego przewoźnika lub w ramach tzw. code –share) na wszystkie odcinki podróży. Ale przecież nie zawsze tak się da…

Bo każda historia jest inna…

Łatwo sobie wyobrazić, że dysponując takim wyrokiem Sądu Najwyższego linie lotnicze mogą bezkarnie dokonywać zmian w terminach już wykupionych przez nas lotów, byleby tylko informowały pasażerów w przepisanych terminach, wyłączających ich odpowiedzialność odszkodowawczą – także z tytułu naszych wydatków za kolejne loty u innych przewoźników. A przecież to w oparciu o zobowiązania umowne tych właśnie linii lotniczych (w tym gwarantowany kontraktem termin wylotu i przylotu), podejmujemy dalsze decyzje i zobowiązania co do terminów kolejnych lotów składających się na naszą podróż i kupowanych u innych przewoźników. A ich nie wykonanie powoduje u nas szkodę.

…bo co byłoby gdyby pasażerka leciała do Detroit na ważne, drogie i wyczekiwane przez nią badanie lekarskie, umówione w specjalistycznej klinice na jeden – i tylko jeden nieprzesuwalny termin, na który ostatecznie nie zdążyła? Czy wtedy nadal nie można byłoby mówić o normalnym związku przyczynowym pomiędzy odwołaniem lotu na trasie Warszawa – Chicago a nie osiągnięciem celu podróży przez naszą pasażerkę w Detroit? Bo przecież każda historia jest inna i nie da się jej zamknąć w ramach jednego orzeczenia…

Zatem co dalej?

Przypomnijmy, że art. 1 rozporządzenia nr 261/2004 podkreśla, że uprawnienia przyznane przez to rozporządzenie pasażerom linii lotniczych w razie odmowy przyjęcia na pokład wbrew ich woli, odwołania lub opóźnienia lotu, mają jedynie charakter minimalny. Dodatkowo, nawet w tej sprawie, Sąd Najwyższy potwierdził, że w doktrynie istnieją różnice interpretacyjne samego przepisu art. 12 ww. rozporządzenia.

Oznacza to, że wciąż możemy upatrywać szansy na odmienne rozstrzygnięcia sądów powszechnych, które orzekając w powierzonych im różnych sprawach w oparciu o tę normę, mogą wybrać jej inną interpretację. Na przykład wziąć pod uwagę cel nadrzędny, jakim jest zapewnienie wysokiego poziomu ochrony pasażerów w dziedzinie transportu lotniczego i rozważyć go pod kątem kolejnych, tj. zminimalizowania trudności i niedogodności dla pasażerów wynikających z odwołania lotów oraz rozszerzania ich uprawnień do odszkodowań za całość szkód jakie ponieśli.

A przez pryzmat takiego właśnie podejścia sądów wydaje się, że możliwe jest już dostrzeżenie „normalnego związku przyczynowego między podróżami lotniczymi różnych przewoźników na podstawie odrębnie zawartych umów”, jeżeli nie wykonanie umowy przez jednego z przewoźników wpływa na powstanie szkody pasażera, którą ten ponosi na polu innej umowy z kolejnym przewoźnikiem.

W indywidualnych sprawach sądy mogą zatem orzekać odmiennie, niż przywołana wyżej teza SN. I dlatego warto powierzać im swoje historie.