7 prostych kroków jak skutecznie reklamować nieudane wakacje

Starannie przeglądałaś foldery. Zdecydowaliście się na polecane przez wszystkich biuro podróży. Nie żałowałeś pieniędzy na lepszy standard hotelu, więcej wycieczek, skusiłeś się też na opcję „super hiper all inclusive”. I co? Na miejscu jedno wielkie rozczarowanie, stres i zmarnowany urlop. Co robić? 7 podpowiedzi, jak skutecznie przygotować się do walki z nieuczciwym biurem podróży.


Tu znajdziesz krótką wersję „7 prostych kroków” na swojego smartfona – warto ją mieć pod ręką!


Jeżeli nie możesz albo nie lubisz czytać – możesz też o tym posłuchać.


Ale jeżeli tylko masz nieco więcej czasu i interesują Cię szczegóły, podpowiadamy…

1. Rób zdjęcia, nagrywaj filmy, dokumentuj wydatki i nieprawidłowości – to one staną się solidną podstawą twojej reklamacji.

Po pierwsze na miejscu trzeba robić zdjęcia… Naprawdę dużo zdjęć… Tylko nie takich, które od razu z dumą wrzucimy na Facebook, żeby znajomych i naszych biednych kolegów z pracy poskręcało z zazdrości (a co, jeśli będziemy skarżyć się przed sądem na zmarnowany urlop, a adwokat biura podróży pokaże jak z opisem „zrelaksowani w San Escobar” wygrzewamy się nad basenem z kolorowym drinkiem z parasolką?) I też nie takich, na których palcem zasłonimy dymiący niedaleko fabryczny komin, a największym na świecie sombrero przykryjemy dziurę (na wylot), jaka zionie w naszej hotelowej łazience (przez co korzystamy z niej z sąsiadem wyłącznie po uprzednim umówieniu się). Nie, to mają być wyraźne ostre zdjęcia tych wszystkich:

  • plam,
  • dziur,
  • brudu,
  • uszkodzeń,
  • niebezpieczeństw,
  • śladów karaluchów, jaszczurek i gryzoni,
  • grzyba i wilgoci,
  • nieświeżo wyglądających dań,
  • oraz wszelkich innych przykrych niespodzianek, jakie zastaliśmy na miejscu.

Rób zdjęcia, które pokażą rozmiar katastrofy. Nagrywaj filmy o tym jak, z uwagi na nieprawidłowe wykonanie umowy, męczący, stresujący, czy wręcz niebezpieczny jest „wypoczynek” w takim miejscu. Dokumentując, staraj się jednak unikać teatralnych szeptów w stylu „ale zobacz Janusz, może i mamy grzyba na ścianie, ale na widok za oknem to chyba nie możemy narzekać?”…  Jeśli już chcemy nasze filmy opatrywać komentarzem, koncentrujmy się na konkretach –np. „wtorek, 19 września łazienka po wizycie pokojowej – tu widać niedomytą umywalkę, a tu zarwaną zasłonkę pod prysznicem”. Ostatni „hit” hotelowego designu to szklane drzwi w sali jadalnej. Nasi klienci byli świadkami, jak niby wzmocniona (bezpieczna) szyba potłukła się na ostre kawałki tuż przed wchodzącą do restauracji dwójką ludzi raniąc ich dotkliwie. I wiedzieli, jak zaraz następnego dnia niedbale ponownie wstawiono zwyczajne szkło (widocznie właściciel hotelu doszedł do wniosku, że w bezpieczeństwo nie ma sensu inwestować). Przeżywali więc prawdziwe chwile grozy będąc tam z dwójką malutkich dzieci, ale na filmie, który przywieźli bardzo dobrze widać z czym mieli do czynienia.

Dokumentuj wszelkie wydatki… Jeśli na miejscu zamiast obiecanego ski busa musieliście korzystać z komunikacji miejskiej lub taksówek za każdym razem pamiętaj o wzięciu biletu, czy rachunku. Jeśli z winy przewoźnika przez wiele godzin czekaliście na lotnisku, a w restauracji, do której vouchery dostaliście nie było wegańskiego jedzenia i zwykłych kanapek musieliście szukać gdzie indziej, zrób zdjęcie restauracyjnego menu i dołącz dowód zakupu swojego posiłku. Jeśli biuro podróży zapodziało twój bagaż i konieczne były zakupy całej garderoby i wszystkich kosmetyków, pamiętaj o paragonach. Podobnie, jeżeli linie lotnicze zgubiły wasz drogi sprzęt narciarski (wspinaczkowy, żeglarski, do nurkowania lub inny), pomocne dla wykazania szkody będą dowody jego zakupu. Zbieraj, skanuj, rób zdjęcia rachunków i innych dokumentów – to twoja mocna karta w walce o odszkodowanie.

2. Odszukaj umowę – w niej znajdziesz szczegółowe informacje o sposobie i terminie zgłaszania uwag.

Dzisiaj to łatwe, elektroniczną kopię umowy miej zawsze ze sobą. Przed podróżą warto do niej jeszcze raz zerknąć, być może zaznaczyć kolorem te bardziej istotne fragmenty. Zdajemy sobie sprawę z tego, że może nie jest to pasjonująca lektura, ale… Znajdziesz tam nie tylko informacje o tym, jakie są zobowiązania biura podróży, twoje świadczenia oraz gwarancje dotyczące zakwaterowania i warunków twoich wakacji, ale także informacje o swoich obowiązkach – w tym jak i kiedy składać reklamację, których niedopełnienie może potem zniweczyć twoją walkę o odszkodowanie. Nie musisz pamiętać tych wszystkich zapisów,  ale nie raz się już przekonaliśmy, że dobrze jest mieć je „pod ręką” by w razie czego móc przypomnieć trochę zbyt pewnemu siebie pracownikowi biura, że ty też masz tu coś do powiedzenia.

3. Poinformuj o nieprawidłowościach wykonawcę usługi (np. przewoźnika, hotel) i organizatora. Pamiętaj – piloci wycieczek mają również obowiązek przyjęcia twoich zastrzeżeń.

Kieruj się dobrą i sprawdzoną zasadą – wszystko musi być na piśmie. Rzeczowo i precyzyjnie. Pisz (koniecznie z datą) i żądaj podpisu rezydenta/przedstawiciela linii/managera hotelu/pilota twojej wycieczki/pracownika recepcji. Pamiętaj, żaden z nich nie ma obowiązku podpisywać jakichkolwiek oświadczeń, wystarczy krótkie „zostałem poinformowany/przyjąłem do wiadomości” oraz nazwisko, stanowisko i data. Oczywiście nie musisz mieć podpisów wszystkich wymienionych osób, jeśli stresuje cię kontakt w obcym języku z managerem hotelu, czy pracownikiem linii lotniczych, spokojnie wystarczy podpis np. tylko rezydenta lub pilota wycieczki.

4. Udokumentuj zgłoszenie – nie jest to wymóg prawny, jednak pamiętaj, że osoby przyjmujące twoje uwagi mogą potem inaczej opisywać poszczególne zdarzenia.

Niestety smutne doświadczenia pokazują, że najbardziej nawet uśmiechnięty i współczujący pilot wycieczki, który na miejscu z taką troską i przejęciem opowiada, jak to dzielnie walczy w twoim imieniu o pokój z działającą klimatyzacją i bez tej nieszczęsnej dziury, w sądzie nagle zapomina, czego dotyczyło twoje zgłoszenie, jak duża była dokładnie ta dziura i jak długo miałeś problem z klimatyzatorem. Ba, ci lepsi zapominają nawet w jakim terminie, w jakim hotelu, a czasem nawet w jakim kraju byli pilotami… Więc tak na wszelki wypadek, stosuj stare dobre „wszystko na piśmie”…

5. Domagaj się od organizatora wykonania usługi zastępczej – to jego obowiązek. Taka zmiana istotnego świadczenia (np. zakwaterowanie w innym hotelu) nie może wiązać się dla ciebie z dodatkowymi kosztami.

Ani z dodatkową pracą np. wyszukania sobie alternatywnego hotelu. Ani z koniecznością np. pozostania w niechcianym hotelu w sytuacji, gdy wszyscy inni są na wycieczce lub na plaży, a ty cały dzień czekasz na sygnał i możliwość przeniesienia. Pamiętaj też, że nie musisz przyjmować każdej propozycji organizatora. Jeśli celem twojej podróży są winnice południowo-zachodniej Francji, a zamiast tego biuro proponuje ci zwiedzanie plaży w Dunkierce i udział w rekonstrukcji bitwy, masz pełne prawo powiedzieć „absolument pas”… lub stanowcze polskie „nie”… i odstąpić od umowy, żądając nie tylko naprawienia szkody wynikłej z niewykonania objętych kontraktem usług ale także zadośćuczynienia za zmarnowany urlop.

6. Żądaj od organizatora zapewnienia powrotu do miejsca, z którego zaczynałeś swoją podróż – jeżeli z uzasadnionych powodów, nie zgodzisz się na zmianę świadczenia i odstąpisz od umowy.

Pewna znajoma para z trojgiem dzieci poleciała na urlop do ciepłego kraju. Na miejscu okazało się, że hotel, w którym mieli wypoczywać to wciąż miejsce budowy i robotnikom pomimo szczerych chęci i zapału udało się ukończyć zaledwie dwa z planowanych pięciu pięter. Nie zgodzili się na propozycję zastępczą (zamiast dużego rodzinnego apartamentu z dwiema sypialniami i salonikiem zaproponowano im standard z dwiema dostawkami i łóżeczkiem dziecięcym w hotelu o zdecydowanie niższej kategorii, położonego w zupełnie innej miejscowości), więc wrócili do Polski. Bogatsi o wiedzę i doświadczenie, a po jakimś czasie także o odszkodowanie i dość spore zadośćuczynienie za zepsute wakacje.

7. Po powrocie ubiegaj się o odszkodowanie, a także o zadośćuczynienie za zmarnowany urlop.

Warto. Bo chociaż procedury i proces reklamacyjny są tak przemyślane, aby jak najwięcej klientów po prostu odstąpiło od żmudnego  i czasochłonnego dochodzenia swoich praw, to jednak trzeba pamiętać, że walczymy o coś bardzo ważnego. W końcu większość z nas ma zaledwie tydzień może dwa w roku, by cieszyć się towarzystwem bliskich, wspólnie zwiedzać, wypoczywać i korzystać z wakacyjnej beztroski. Czy stać nas na to, żeby ktoś swoją bezmyślnością, chciwością, brakiem profesjonalizmu czy empatii bezpowrotnie marnował ten cenny czas?

Ten (jedyny) zmarnowany urlop…

Miało być naprawdę pięknie. Andora – słońce i śnieg, niewiele osób na stoku i najwyższej klasy baza narciarska. Ba, w tym wypadku miało być jeszcze piękniej. Kameralny, designerski hotelik, specjały lokalnej kuchni, ski busy wyłącznie do dyspozycji hotelowych gości… W ofercie biura podróży cuda wianki… Poza tym oczywiście narciarski standard – narciarnia, wellnes i spa…

To miała być ich pierwsza podróż do Andory i pierwszy kontakt z polskim biurem podróży o nazwie „Zdobywca” (tylko bardziej może nobliwie – bo po angielsku…). Chociaż na nartach jeżdżą już od kilkunastu lat, zawsze wybierali trochę bliższe i nieco tańsze kierunki – raz polecieli nawet do Turcji, która okazała się naprawdę bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Narciarsko zjeździli już całe Włochy i spory kawałek Austrii, byli we francuskich trzech dolinach, próbowali swoich sił w Szwajcarii… Można powiedzieć, że mają już jako takie pojęcie o tym, czym są wysokie góry i czego spodziewać się w narciarskich kurortach odwiedzanych z biurami podróży. Tym większym rozczarowaniem okazała się długo wyczekiwana Andora.

Ciemność, ciemność widzę… czyli o tym dokąd zabierze cię biuro podróży

Zaczęło się w zasadzie zaraz po wylądowaniu w Barcelonie. Podróżowali z kilkudziesięcioosobową grupą turystów. Czyjś zagubiony bagaż, narty, które poleciały w zupełnie innym kierunku, no i nieśmiertelny klasyk – autokar, w którym zabrakło miejsca na wszystkie torby i walizki… Kilka godzin i wiele nerwów później udało się jakoś załadować wszystko do podstawionego przez biuro podróży dodatkowego busa i ruszyli do Andory. Z Warszawy wylecieli wcześnie rano, na miejsce dotarli dopiero późnym wieczorem. Głodni, więc nie zwrócili szczególnej uwagi na sposób podania kolacji (z podgrzewaczy) i zmęczeni, przez co popełnili dość poważny błąd – spędzili noc w pokoju, w którym w żadnym wypadku nie zamierzali zostawać. Dlaczego nie? Otóż okazało się, że ten „kameralny, designerski hotelik” z folderu (który, o czym warto wspomnieć, okazał się całkiem zwyczajny) stoi u podnóża potężnej góry, przez co z jednej strony jest wysoki na co najmniej 7 pięter, a z drugiej piętro 5 odpowiada poziomem parterowi – z wejściem i recepcją. Ich pokój był oczywiście „z tej drugiej strony”, na piętrze 1 (cztery piętra pod recepcją), czyli praktycznie pod ziemią… Za oknem stała sobie smutna choinka, która niezbyt udanie maskowała widok na betonową ścianę, znajdującą się zaraz za nią. Skutek był taki, że do pokoju nie wpadało światło dnia – nigdy, o żadnej porze. Tak, jak w piwnicy, którą de facto był ten „pokoik”…

Hotel Galanthus Andora

Poskarżyli się zaraz następnego poranka, jeszcze przed śniadaniem i rozpakowaniem rzeczy, żeby szybko wymienić nieszczęsny pokój i nie tracąc cennego czasu ruszać na stok. Okazało się jednak, że to niemożliwe. Bo, jak radośnie przekazał im młody opiekun reprezentujący biuro podróży „hotel nie ma wolnych pokoi”. Przekazał, poradził, żeby poczekali do wieczora, to „może coś się zwolni”, błysnął uśmiechem i zniknął z nartami (bo przecież on też chciał skorzystać z doskonałych warunków). Więc mocno rozczarowani, wrócili szybko do pokoju, przebrali się w półmroku i pojechali w góry. Wieczorem, po kolacji udało im się złapać rezydenta i zapytać, co słychać w ich sprawie. Najpierw nie mógł sobie przypomnieć o co chodzi, chwilę później dziwił się, że nadal chcą zamienić pokój i rozdrażniony przypominał, że „przecież mówił, że się nie da”, a na koniec chyba go wręcz zaszokowali, kiedy spytali, czy szukał dla nich alternatywy w innym hotelu, których w pobliżu było co najmniej kilka. Nie, nie szukał, bo nie wiedział, że należy, no i niby kiedy miał to zrobić, jak przecież był zajęty, bo musiał się opiekować innymi turystami na stoku. Więc koniec końców drugą i jeszcze dwie kolejne noce spędzili w tej ponurej suterenie, a opiekuna w ich sprawie nie zobaczyli już do końca wyjazdu. Jakoś tak się zawsze składało, że kiedy oni schodzili na śniadanie, on już wybiegał z jadalni, a kiedy szli na obiadokolację, był tak pochłonięty „sprawami grupy”, że zwyczajnie nie miał czasu. Czwartego dnia, po ich kilkunastu samodzielnych interwencjach i rozmowach z zarządcą hotelu, nagle, w środku dnia zadzwonił telefon. Okazało się, że zwalnia się pokój typu „interior” i jeśli są nim zainteresowani mają godzinę na przeprowadzkę. Więc ruszyli pędem, najpierw z góry, ze stoku, do ski busa, busem do hotelu, do „swojej” piwnicy po rzeczy i z bagażami, torbami i reklamówkami, w których na szybko upychali drobiazgi, do pokoju typu „interior”. Nie bardzo wiedzieli, co to znaczy, ale założyli, że zgadzają się na wszelką zmianę, byleby tylko mieć dostęp do światła dziennego. Okazało się, że interior to taki pokój techniczny, dużo mniejszy od standardowego (w zasadzie niewiele szerszy i dłuższy od łóżka), wyposażony w pojedynczą szafę i maleńką łazienkę. Nie był przeznaczony dla turystów z nartami, kaskami i mnóstwem narciarskich rzeczy, tylko dla pracowników hotelu, lub ich jednonocnych gości. Mały czy duży, był i tak o niebo lepszy od największego nawet, ale podziemnego apartamentu. I tak trzy kolejne noce, do końca wyjazdu, gnieździli się w tym malutkim pokoiku, pocieszając się, że budzą ich w końcu promienie słońca.

Różnic z folderem ciąg dalszy…

Ten nieszczęsny, podziemny pokój był zaledwie wstępem do serii mniejszych lub większych niedogodności, na jakie trafili. W ofercie, którą ich kuszono były jeszcze sauna i wellness (ale najwyższa temperatura, jaką udało się osiągnąć obsłudze nie przekroczyła 50°C – trudno więc było mówić o zagrzaniu i zrelaksowaniu) oraz narciarnia (czyli nieużywana i nieogrzewana kuchnia, w której goście hotelowi ustawiali narty po prostu pod ścianą, jedne przy drugich, więc następnego dnia zazwyczaj szukali sprzętu wśród walających się po ziemi większych i mniejszych desek). Dodatkowo, ta ostatnia też znajdowała się pod ziemną – cztery piętra pod poziomem, z którego wychodziło się z budynku (przy czym regularna hotelowa narciarnia, która nie została im udostępniona, znajdowała się tuż obok recepcji). Specjalne ski busy miały dowozić ich na stok, a po południu odwozić do hotelu (tylko, że kiedy pierwszego dnia próbowali zapakować się do busika, obsługa wyciągnęła ich narty z kosza informując, że transport owszem jest, przeznaczony dla gości hotelowych, ale tylko tych z hiszpańskim paszportem…). Koniec końców codziennie mieli więc zapewniony dodatkowy spacer w górę i w dół. Dodatkowych wrażeń dostarczały też dwie windy – za małe i, jak się okazało, za słabe, żeby obsłużyć taką ilość gości, objuczonych pobranymi z „narciarni” nartami, ciężkimi butami, plecakami, itp. i chcących (trochę jak górnicy w kopalni) wyjechać na powierzchnię (z poziomu -5). Ona zacięła się co najmniej dwa razy, ubrana „pod korek” (bo już już wychodziła na stok), w towarzystwie ośmiu innych obcych osób (wszystkich z nartami czy deskami), ściśniętych jak śledzie w tej maleńkiej windzie. On w tym czasie czekał na nią zdezorientowany i zły na jej przedłużającą się nieobecność. A już wisienką na torcie był punkt określony przez organizatora jako „ekskluzywna hotelowa restauracja serwująca specjały lokalnej kuchni”. W rzeczywistości była to trochę ładniejsza stołówka serwująca jedzenie z podgrzewaczy. I żadne tam specjały, tylko normalne hotelowe menu.

Po powrocie nie mieli ochoty na kłótnie z biurem podróży, czy przepychanki, ale czuli, że nie mogą tak po prostu zostawić tej sprawy bez komentarza. On, jak sam przyznaje, bardziej nerwowy, chciał od razu pisać ostro, ona tonowała mówiąc, że „napiszemy jak narciarze do narciarzy”. Neutralnie opisując sytuację, spokojnie wyjaśniając swoje odczucia, wykazując zrozumienie i podkreślając profesjonalizm organizatora. W sumie wysłali chyba ze trzy pisma do biura podróży, które sprzedało im pechową wycieczkę. Odpowiedzi, jakie otrzymywali powodowały, że ze zdumienia przecierali oczy. Przedstawiciele i właściciele biura nie tylko nie zamierzali wczuć się w sytuację swoich klientów, ale w dodatku zarzucali im mijanie się z prawdą („Państwa pokój nie mógł być w piwnicy bo był na pierwszym piętrze…”).

Sprawa znalazła swój finał w sądzie.

„Pranie mózgu” – czyli popisy pełnomocnika biura podróży…

„Zdobywca” (a może właściwszym kontekstem byłoby tu słowo „Pogromca”) czyli polskie biuro podróży, postanowiło zlecić prowadzenie sprawy kancelarii adwokackiej, a ta uzasadnić swoje, odpowiednio wysokie, honorarium. Wczuła się więc „w rolę” i wprowadziła do korespondencji taką retorykę, że jej wymiana nie tylko nie pomogła oczyścić atmosfery, ale dodatkowo sprawiła, że nasi bohaterowie poczuli się jak para naciągaczy. Każdy obiektywny fakt został przez kancelarię przeinaczony, zakwestionowany lub w najlepszym razie zignorowany.

Przed sądem przeszli swoiste „pranie mózgu”. Od kancelarii dowiedzieli się m. in. że: wykupili wyjazd do hotelu czterogwiazdkowego, a więc nie do hotelu najwyższych standardów, a także odebrali lekcje optymistycznego patrzenia na swoje troski: trudno się zgodzić z twierdzeniami, że nie mogli oni z pokoju ujrzeć „kawałka nieba”, jednakże podkreślenia wymaga fakt, że pokój ten nie był z widokiem na góry (w dalszej części pism nazywany już „mountain view” – chyba po to by nawiązać do angielskiej nazwy biura). Prawnicy touroperatora przekonywali, że „w Hiszpanii narciarnie różnią się od tych w Alpach…, a brak jakiejkolwiek formy ogrzewania w narciarni, czy chociażby szafek na  buty wyjaśniali tym, że narciarnia to przecież nie suszarnia…. Bardzo szybko wprowadzili też zamiennik pojęciowy – w miejsce narciarni pojawiła się przechowalnia sprzętu narciarskiego. A tej bliżej już było standardem do – przypomnijmy – udostępnionego podróżującym pomieszczenia kuchennego. I dalej – chyba w celu uniknięcia wątpliwości – kancelaria przedstawiła przez sądem wywód, że jak sama nazwa wskazuje „przechowalnia” to miejsce, w którym przechowuje się coś przez jakiś czas…”. Tylko, czy to faktycznie wystarczające uzasadnienie dla zostawiania nart w kuchni??

Jeżeli też przecieracie oczy ze zdziwienia, dodajmy, że naszym podróżnym wyjaśniono, że umowa nie gwarantowała np. tego, na którym piętrze znajdą się poszczególne pomieszczenia (pokój, narciarnia, hol, restauracja…) i zapewniała saunę, ale już nie temperaturę w saunie. Kancelaria pouczyła także, że w Hiszpanii są wyższe temperatury i w saunie nie może być tak gorąco jak w saunach hoteli alpejskich…. Poważnie??

Sąd nie rychliwy, ale…

Spór przed sądem trwał ponad 1,5 roku. Przez ten czas musieli wysłuchać takich i podobnych absurdów. Kancelaria tak zapamiętale prezentowała im swoje „prawdy”, że chyba zapomniała o jeszcze jednym aktorze postępowania – osobie sędziego.

Ten, rozważył zaprezentowane stanowiska i przyznał obojgu naszym bohaterom zadośćuczynienie od biura podróży. W uzasadnieniu wyroku podkreślał, że bezsprzecznie, spodziewany komfort jakiego powodowie mogli oczekiwać, wyznaczała w pierwszej kolejności liczba gwiazdek w hotelu, w którym mieli być zakwaterowani, zbliżona maksymalnie na tej skali (tj. 4 gwiazdki, w 5-cio, co do zasady, stopniowej skali). Wskazać tu należy także na informacje zawarte w załączniku do umowy i zamieszczone przez pozwaną na swych stronach internetowych, opisujących miejsce przeznaczenia, w których eksponowano właśnie jakość bazy noclegowej, ilość słonecznych dni w roku, a już w opisie samego hotelu, zwrócono uwagę na jego designerski charakter i eleganckie urządzenie pokoi. Tymczasem nie powinno budzić wątpliwości, już w świetle zasad doświadczenia życiowego i ustalonych zwyczajów, że dostęp do światła dziennego nie jest luksusem a normą w zakresie warunków zakwaterowania, nie tylko w 4-ro gwiazdkowym hotelu ale w jakimkolwiek miejscu przeznaczonym dla pobytu osób, w szczególności w celach rekreacyjnych. (…) Należy zaznaczyć, że interpretacja, że pokój tego typu oznacza bez widoku na góry, jest zupełnie dowolna i abstrahuje od treści reklamacji, w której powodowie nie zarzucali braku widoku na góry, a umieszczenie ich w swoistej „studni” pozbawionej dostępu do światła dziennego. W niniejszym postępowaniu powodowie nie upatrywali źródła swojej szkody niemajątkowej w postaci zmarnowanego urlopu, w braku widoku na góry (który stanowi pewien luksus, nierzadko dodatkowo płatny), a w zakwaterowaniu ich w przedstawionych warunkach, bez dostępu do światła dziennego. (…) Mając na uwadze powyższe, uznać należy, że zastrzeżenia powodów co do standardu zakwaterowania są adekwatne i uzasadnione…”.

Można się było spodziewać, że wyrok sądu zakończy sprawę. Tak się jednak nie stało, bo po jego uprawomocnieniu pechowi narciarze nie zobaczyli na swoich kontach żadnych pieniędzy. Okazało się, że biuro nie ma zamiaru dobrowolnie zapłacić zasądzonej kwoty. Toteż ostatecznie po należne im zadośćuczynienie nasi bohaterowie musieli zapukać do siedziby „Pogromcy” w towarzystwie komornika…

Niewłaściwe wykonanie umowy przez biuro podróży

Miejsce zakwaterowania oraz warunki jakie spełnia, należą do istotnych warunków umowy o imprezę turystyczną. Dlatego też w tym przypadku to niewłaściwe wykonanie umowy przez biuro podróży stało się podstawą do przyznania przez Sąd zadośćuczynienia za zmarnowany urlop.

„W niniejszej sprawie wrażenie może robić dowolność interpretacyjna treści umowy w wykonaniu kancelarii adwokackiej, reprezentującej interesy biura podróży. Zatem, aby zwiększyć swoje szanse na udany urlop lub skuteczne postępowanie reklamacyjne, przed podpisaniem umowy z biurem podróży należy ją bardzo dokładnie przeczytać, wyjaśnić wszystko to, czego nie rozumiemy i doprecyzować ogólne stwierdzenia. A także – i to nawet najważniejsze – dokładnie zapisać te ustalenia w umowie. Bo, jak pokazuje smutna praktyka, nawet zobowiązanie biura do zapewnienia sauny, nie oznacza gwarancji odpowiedniej temperatury w saunie, jakkolwiek wydaje się to nam niedorzeczne. Często zdarza się, że sami racjonalizujemy niektóre zapewnienia biura, niejako dopowiadając sobie to, czego nie ma na papierze np. przyjmując, że wejście do hotelu znajduje się na parterze  budynku, a nie (jak w tym przypadku) na 5 piętrze. Tym samym pokój klientów, przydzielony na 1 piętrze, w istocie był cztery piętra pod ziemią… W tym przypadku otrzymanie jasnej informacji od biura podróży lub agenta jeszcze przed podpisaniem umowy, mogłoby wzbudzić nasze uzasadnione wątpliwości co do standardu tych pokoi, które znajdują się poniżej i zapewne spowodowałoby odrzucenie takiej oferty, a tym samym (w najprostszy sposób) doprowadziłoby do uniknięcia problemów” – wskazuje Bartosz Kempa, radca prawny z kancelarii prawnej Kempa i Wspólnicy.